|
| |||||
| |||||
| "Sen farbą malowany" |
| ||||
|
Zapytaj człowieka
Sierpień '06
Cienie nie potrafią płakać
Cóż to?
Sierpień '06
Mój kraj
Żyję w kraju głupoty,
Sierpień '06
Był wielki człowiek
Był wielki człowiek.
Sierpień '06
Pokolenie
Październik '06
Tęsknota
Listopad '06
Sen farbą malowany
Listopad '06
Sens prawdy
Spoglądam w człowieka...
To nie on -
Ktoś inny, ktoś obcy, nieznany...
Wiatr jakiś poplątał
Nuty lat,
A dzień odszedł w ciemność – przegrany.
Spoglądam w pamiętnik,
W liter gwar –
Nie tak było kiedyś, nie tak...
Lecz teraz za późno,
Milczy sen,
A sens prawdy stracił swój smak.
Luty '07
Cieszyńskie magnolie
Już dzień się wypalił zmęczony jak my,
Noc, siostrę swą, minął i zgasł.
Dzwon zabrzmiał donośnie na wieży gdzieś tam
Śląc dźwięk czysty prosto do gwiazd.
Gdzieś w ciemnej uliczce obudził się kot
I pomknął na schadzkę tajemną.
A w knajpie ktoś piwo zamówił, by znów
Samotność swą topić codzienną.
Na rynku dwa serca szukają swych snów
I rytm wspólny niesie im wiatr.
Dziś nić wspólną splotą mocniejszą niż stal,
Dziś do nich należy ten świat.
Zastygam w czekaniu wśród ludzi i słów,
Wśród ciszy i uczuć tych glorii.
Uśmiecham się lekko do okien i drzwi,
I słucham cieszyńskich magnolii.
Już dzień się wypalił i dawno już śpi,
Lecz dusza się rwie w miasta takt.
Pospieszyć się trzeba, bo knajpiane drzwi
Zbyt szybko się zamkną – to fakt...
Kamienic spojrzenia leniwie się skrzą,
Plotkami się raczą ukradkiem.
Strażnicy to starzy, od wieków tu są.
Co każdy z nich widział przypadkiem?
Ktoś imię me woła i daje mi znak,
Z mgły szarej utkany ma płaszcz.
Głęboką głęboko mnie wiedzie hen w dół,
Gdzie złoty latarni lśni blask.
Zastygam w czekaniu wśród ludzi i słów,
A w studni mamroczą królowie.
Tam Srebrna – krakowska do bólu – i deszcz,
I szepczą cieszyńskie magnolie.
Kwiecień '07
Co zostaje...
W lustra twarzy spoglądam na ciszę,
Która tańczy komedię przypadków.
W starym kinie samotny staruszek
Starą fajkę popala ukradkiem.
Nikt nie pyta go już dokąd zmierza,
Nikt mu kazań nie prawi co rano.
Wypisano go z myśli i serca
I imienia już też zapomniano.
W lustra twarzy spoglądam przed siebie
Na mą ścieżkę zakrytą płomieniem.
Czy jak echo bez śladu przeminę,
Czy żył będę wyblakłym wspomnieniem?
Co zostaje, gdy woła nas ziemia?
Liter kilka w marmurze wyrytych?
Może brama się inna otworzy
W światach dziwnych, przed ludźmi ukrytych?
Sierpień '07
Słowa
Słowa,
Jak węże
Oplatają me ramiona,
Krzyczą
Z cienkich arkuszy
Sprasowanego drewna.
Tam - ból (znowu...),
Tam - śmierć (która już dzisiaj?),
Tam - krew (wsiąka w ziemię...).
Litery,
Uformowane z czarnego atramentu
Plamy
Na honorze ludzkości.
To samo
I wczoraj,
I dziś,
I jutro...
Milczące,
A jednak ich echo
Dudni w głowie.
Słowa,
Jak węże
Płyną z ust szklanego ekranu.
Wrzesień '07
Rytuał
Włożyli mi na głowę poroże,
Na ciele wymalowali pradawne znaki,
Sprawdzili siłę mej męskości.
Popłynęło zaklęcie – narodziłem się.
Biegnę rozdzierając leśną gęstwinę,
Bosy, nagi, pokryty krwią – król.
Doganiam Stado, czuję Jego zapach –
Sierść zroszona potem i aromat mchu.
Biegnę ile tchu w piersiach,
Walcząc o byt, o miejsce, o żer.
Dziki księżyc pulsuje w żyłach,
Szum wiatru mąci myśli.
Z przodu pędzi on – Wielki Byk,
Przewodnik stada.
Ryczy, więc i ja krzyczę.
Coraz głośniej i głośniej.
Zauważył mnie...
A więc chwila nadeszła.
Stado zatrzymuje się w biegu,
Tworzy krąg.
Ja w środku.
Ja i On.
Walka...
Tylko jeden może zwyciężyć.
Więc atakuję z wrzaskiem szalonego,
Nie zważam na ból, na rany.
To moja chwila – jedyna.
Stado patrzy milcząc.
Obserwuje.
I wtedy...
Wielki Byk pada.
Już nie podniesie się więcej.
Ledwo żyję, ale zwyciężyłem.
Teraz inni –
Patrzę w ich zimne, czarne oczy
I widzę moc Bogini.
Amok, szaleństwo, zew krwi.
Bogini uśmiecha się do mnie.
Teraz jestem jej oblubieńcem.
Przychodzi do mnie jako Dziewica
Bym mógł ją posiąść.
Koło czasu się zamyka –
Bogini i Rogaty Pan
Połączeni w akcie natury.
Dokonało się - Bogini odchodzi.
Kiedyś do mnie powróci
Jako Śmierć Kostucha,
Ale jeszcze nie dzisiaj.
Nowe koło zaczęło się obracać.
Wrzesień '07
Codzienność
Spychamy w dal entuzjazm,
Wprost w ciszę i mrok.
W trybach codzienności
Gonimy wyszczerbione wskazówki,
By nie spóźnić się
Na karawan.
Dawni królowie
I ludzie ważni
Śmieją się z nas
Ze skrawków kolorowego papieru,
Wyzierając nieśmiało
Spomiędzy zer.
Nieustanny tupot tysiąca obcasów
Mknie echem w stalowo-szklany gąszcz
Oświetlony żółtym światłem żarówek.
I tylko czasami
Zatrzymujemy się,
By popatrzeć
Jak umiera liść...
Październik '07 |
| ||||
|
| |||||
|
| |||||
| - Copyright & Created by Eveninger (2010) - Wszelkie kopiowanie tekstów i zdjęć zawartych na stronie w całości i we fragmentach zabronione! Jakiekolwiek złamanie tej zasady bez wiedzy i zgody autora może zostać uznane za naruszenie praw autorskich i przekazane odpowiednim organom!
| |||||